inwestycje6 min czytania

Dlaczego mówię targom gier stanowcze NIE?

Targi gier to dla mnie jedna z największych strat czasu w gamedevie. O kosztach, o słabym feedbacku i o jednym warunku, przy którym powiedziałbym: jedź.

Ilustracja — ciemna hala targowa w światłach, na pierwszym planie rachunki, faktura za stoisko na 24 750 zł, klepsydra, bilet lotniczy i kalkulator; obok wykres zwrotu z inwestycji spadający do zera i panel „lepsza droga: dane, nie targi” z playtestami, wishlistami i feedbackiem

Targi gier to dla mnie jedna z największych strat czasu w gamedevie.

Serio.

Byłem nawet bliski wprowadzenia zasady, że FinGames nie finansuje udziału studiów w targach, chyba że ktoś pokaże mi bardzo konkretny powód, dlaczego akurat ten wyjazd ma mieć sens.

Bo przez ostatnie lata słyszałem dziesiątki razy:

„Musimy być na targach”.

Tylko zawsze brakowało mi odpowiedzi na jedno pytanie:

Po co?

Po pierwsze: to kosztuje absurdalnie dużo

  • Sam stand.
  • Zabudowa.
  • Grafiki.
  • Monitory.
  • Komputery.
  • Transport sprzętu.
  • Przygotowanie specjalnego buildu.
  • Bilety lotnicze.
  • Hotele.
  • Diety.
  • Taxi.
  • Czas zespołu.
  • Czas managementu.
  • Czas przed targami na przygotowania.
  • Czas po targach na dojście do siebie.

I nagle z niewinnego: „Jedziemy pokazać grę” robi się kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Przy większych targach spokojnie więcej.

A w małym studiu 50 tys. zł to nie jest abstrakcyjna pozycja w budżecie marketingowym.

To może być miesiąc pracy kilku osób.

  • Nowy trailer.
  • Dodatkowy content.
  • QA.
  • Port.
  • Influencerzy.
  • Albo zwyczajnie kilka tygodni lub miesięcy runwayu więcej.

Po drugie: ilu graczy naprawdę zobaczy Twoją grę?

Załóżmy, że masz dwa komputery na standzie.

Jedna osoba gra średnio 15 minut.

Targi trwają trzy dni po osiem godzin.

Na papierze wychodzi kilkaset osób.

Tylko że w rzeczywistości:

  • ludzie odchodzą,
  • ktoś rozmawia z developerem,
  • komputer stoi wolny,
  • trzeba zrestartować build,
  • ktoś gra 40 minut zamiast 15,
  • przychodzi grupa znajomych,
  • jest przerwa,
  • coś się psuje.

I finalnie wydałeś kilkadziesiąt tysięcy złotych po to, żeby kilkaset osób zagrało przez chwilę w Twoją grę.

Naprawdę?

Wolałbym zrobić publiczny playtest.

Dać graczom klucze.

Dorzucić nagrody.

Zebrać dane od kilku tysięcy osób.

I jeszcze dostać:

  • medianowy czas gry,
  • miejsca, w których gracze odpadają,
  • heatmapę zachowań,
  • feedback jakościowy,
  • informacje o crashach,
  • ankiety,
  • konwersję na wishlistę.

Targi dają Ci:

„Fajna gra!”

I ktoś idzie dalej po darmową przypinkę.

Po trzecie: jeszcze NIKT nie pokazał mi deala przywiezionego z targów

To chyba mój ulubiony argument.

Za każdym razem słyszę:

  • „Targi są przede wszystkim o networkingu”.
  • „Poznaliśmy dużo ludzi”.
  • „Mieliśmy świetne rozmowy”.
  • „Byli publisherzy”.
  • „Rozmawialiśmy z platformami”.

Super.

Pokaż mi umowę.

Nie wizytówkę.

Nie LinkedIn connection.

Nie:

„odezwiemy się po targach”.

Pokaż mi podpisanego publishera.

Finansowanie.

Umowę platformową.

Konkretny kontrakt.

Albo przynajmniej proces, który realnie zaczął się na targach i skończył transakcją.

Przez kilka lat inwestowania w gamedev widziałem mnóstwo zdjęć ze spotkań.

Niewiele umów.

Być może miałem pecha.

Jeżeli ktoś ma przykład konkretnego deala, który zaczął się od przypadkowego spotkania na hali targowej, chętnie zmienię zdanie.

Na razie mój Excel jest bezlitosny.

Po czwarte: targi są przede wszystkim wielką imprezą

I żeby było jasne:

nie mam z tym żadnego problemu.

Gamedev jest małym środowiskiem.

Ludzie się znają.

Fajnie się spotkać.

Wypić piwo.

Pogadać.

Pójść na kolację.

Zobaczyć gry znajomych.

To może być świetny wyjazd integracyjny.

Ale nazwijmy rzeczy po imieniu.

Jeżeli jedziemy się integrować, to jedziemy się integrować.

Nie wpisujmy potem całego wyjazdu w Excelu pod:

BUSINESS DEVELOPMENT.

Bo wtedy zaczynam zadawać pytania. 😉

Po piąte: nieobecność na targach nie oznacza, że jesteś gorszym pracodawcą

Spotkałem się też z argumentem:

„Musimy jeździć, bo ludzie tego oczekują”.

Być może.

Ale jeżeli zamiast wydawać 80 tys. zł na targi:

  • zapłacisz lepsze premie,
  • kupisz zespołowi dobry sprzęt,
  • dasz dodatkowy dzień wolny,
  • zrobisz sensowny wyjazd integracyjny,
  • zapewnisz stabilność finansową,

to jako pracodawca prawdopodobnie nadal będziesz wyglądał całkiem nieźle.

A może nawet lepiej.

Studio, które nie jeździ na każdą imprezę branżową, ale ma gotówkę na rachunku i nie zwalnia ludzi po premierze, jest dla mnie znacznie bardziej sexy niż studio z pięknymi zdjęciami z Gamescomu.

Po szóste: feedback z targów może być po prostu słaby

To jest temat, o którym mówi się zdecydowanie za mało.

Kto przychodzi na targi?

  • Najbardziej zaangażowani gracze.
  • Ludzie branży.
  • Inni developerzy.
  • Osoby, które często przyszły specjalnie zobaczyć nowe gry.

To niekoniecznie jest Twój przeciętny klient.

Do tego developer stoi często metr od gracza.

Gracz wie, że twórca patrzy.

I teraz ma powiedzieć:

„Słabe. Nie kupiłbym”.

Większość ludzi tak nie działa.

Powiedzą:

  • „Super!”
  • „Bardzo fajne!”
  • „Powodzenia!”

A potem nigdy nie dodadzą gry do wishlisty.

To jest potężny problem badań opartych na deklaracjach.

Dlatego znacznie bardziej interesuje mnie:

co gracz zrobił

niż:

co gracz powiedział developerowi na standzie.

Po siódme: koszt alternatywny jest jeszcze większy niż faktury

To jest chyba największy koszt całej zabawy.

Na targi bardzo często jedzie:

  • CEO.
  • Producer.
  • Game Director.
  • Marketing.
  • Business Development.

Czyli dokładnie ludzie, których czas jest w studiu najdroższy.

Tydzień przed targami przygotowania.

Kilka dni wyjazdu.

Dwa dni po wyjeździe człowiek chodzi jak zombie.

Nagle okazuje się, że firma poświęciła setki godzin pracy najważniejszych ludzi w organizacji.

Tego kosztu prawie nigdy nie widzę w budżecie targowym.

A powinien tam być.

Czy targi są więc zawsze bez sensu?

Nie.

Są sytuacje, w których sam powiedziałbym:

jedź.

Na przykład gdy:

  • masz wcześniej umówione konkretne spotkania z publisherami,
  • platform holder zaprasza Cię na rozmowę,
  • jesteś finalistą ważnego konkursu,
  • masz premierę i konkretny plan PR,
  • partner finansuje większość obecności,
  • masz bardzo jasno określony cel B2B,
  • jedziesz budować relacje z kilkoma konkretnymi osobami, które wcześniej zgodziły się z Tobą spotkać.

Tylko wtedy nie jedziesz:

„na targi”.

Jedziesz na osiem konkretnych spotkań, które przypadkiem odbywają się przy okazji targów.

To gigantyczna różnica.

Najbardziej nie lubię jednego zdania

„Wszyscy tam będą”.

To nie jest strategia.

To FOMO.

A FOMO jest świetnym sposobem na przepalanie pieniędzy.

Zwłaszcza cudzych.

Jeżeli ktoś chce wydać własne 50 tys. zł na Gamescom, świetnie.

Baw się dobrze.

Jeżeli natomiast chce wydać 50 tys. zł z pieniędzy, które zainwestowałem w produkcję gry, to chciałbym zobaczyć:

ROI.

I nie w postaci liczby rozdanych ulotek.

Podsumowując

Lubię mierzalne rzeczy.

  • Wishlisty.
  • Sprzedaż.
  • Konwersję.
  • Retencję.
  • Playtesty.
  • Umowy.

Targi bardzo często dają mi:

zdjęcia, wizytówki i opowieści o świetnym networkingu.

Dlatego na dziś:

targom mówię stanowcze NIE.

Jeżeli ktoś chce mnie przekonać, że się mylę, bardzo chętnie.

Tylko proszę bez argumentu:

„Ale było super”.

Pokażcie mi liczby.

Miłego dnia! 😉

Czytaj dalej

  • 4 min czytania

    Dlaczego nie gram w gry?

    Inwestuję w gry, a sam prawie nie gram. Dlaczego to nie przeszkadza i dlaczego od grania mam w FinGames ludzi znacznie lepszych ode mnie.

  • 4 min czytania

    Dlaczego wybrałem gamedev, a nie finansowanie maszyn rolniczych?

    Pomysłów było wiele — od finansowania maszyn rolniczych po pożyczki dla studentów zagranicznych uczelni. Wspólnie wybraliśmy gamedev. Dziś piszę, dlaczego.