Nie wiem, od czego zacząć, więc zacznę od tego, co mnie przeraża.
W pierwszym roku działalności FinGames zainwestowaliśmy w mniej niż 1% studiów i gier, które do nas trafiły.
Czy to dużo, czy mało? Trudno powiedzieć. Mamy bardzo rygorystyczne wymagania, a model scoringowy, który przez ostatnie lata zbudowaliśmy, jest raczej bezlitosny.
Kiedyś byliśmy otwarci praktycznie na każdego. Dziś, żebyśmy w ogóle zaczęli poważnie rozmawiać o inwestycji, najlepiej przyjść z polecenia twórców lub studiów, z którymi już współpracowaliśmy albo współpracujemy. Mimo to moja skrzynka na LinkedInie wciąż jest zapchana. Gdzieś po 60 sekundach lektury zazwyczaj wiem, czy jest w ogóle o czym dalej rozmawiać.
Dlaczego tak bardzo się zamknęliśmy?
Bo na papierze polska branża gamedev jest ogromna. W praktyce jest jednak mała i coraz bardziej sprowadza się do ekskluzywnego networkingu oraz stosunkowo wąskiego środowiska ludzi, którzy wiedzą, co robią, i mają szanse na sukces.
Ale ten krótki post nie jest o tym.
To, co naprawdę mnie przeraża, to coś innego.
Projekty, które my odrzucaliśmy, nie dając im nawet minimalnej szansy powodzenia, bardzo często znajdowały później pieniądze na rozwój.
I nie mówię o małych kwotach.
Klasycznym, znanym już chyba każdemu przykładem może być Mighty Koi i Thorgal:
Thorgal miał walczyć z Wiedźminem 4. Mocne zarzuty, komornik i ogromne problemy Mighty Koi
Ale takich historii było więcej.
Schemat bardzo często wygląda podobnie:
- „Będziemy drugim CD Projektem”.
- „Na Steamie sprzedają się miliardy dolarów gier”.
- „Mamy dotację”.
- „Mamy świetny zespół”.
- „Wystarczy nam zaledwie trochę kapitału do skończenia gry”.
O dotacjach napiszę zresztą osobny tekst, bo to temat, który zdecydowanie zasługuje na własny wpis.
Część historii, które słyszałem przez ostatnie cztery lata, jest naprawdę niesamowita. Wiele z nich do tej pory pozostawało anonimowych.
Na tym blogu nie zamierzam ich anonimizować, jeżeli będę mógł oprzeć się na faktach i publicznie dostępnych informacjach.
Będzie konkretnie.
Życzę dobrego dnia!
